O głosie wewnętrzym, jego zainteresowaniach i wspólnocie majątkowej.

październik 14, 2009 - autor: rebelbunny

Odezwał się dziś z rana, gdy łaskawie otworzyłam oczy. Wstałam a on mówił : nie!
-    To może kanapkę?!- NIE!
-    Liptona?!- NIE!- krzyczy wywołując ból fizyczny w potylicy.
-    - No to sorry. Weź spierniczaj, bo ja muszę jeszcze spakować walizkę do Kakaowa i ogarnąć się po erupcyjnych marzeniach sennych.
-    NIE!- krzyczy jeszcze głośniej wciskając się w  korę mózgową, wchodząc do krwi ukradkiem jak pasożycik żyjący w otchłani ludzkich zakamarków ciała.
Świadomość, że jest gdzies we mnie- głeboko. Sprawia, że ogarnia mnie niemoc dzika i niepokoj wiekuisty.
Wystawiłam do walki me myśli złowieszcze i biją się one o coś co w ogole się nie musi wydarzyć, o coś co w ogole nie istnieje. Być moze o wyzsze cele- o spokoj ducha  mego.
Asertywność głosu  wewnętrznego nie zna granic. Przyjaźnimy się od lat wielu i jego -nie -to dla mnie akt łaski okazany z szacunkiem położonym jako akcent  nad mym życiem osobistym.
Nie to nie. Siedzę nad przeładowaną walizką, z wysypującymi się klamotami, z głupim wyrazem twarzy przyozdobionym znakiem zapytania: co robić?!. Mam szanse by zdążyć na pociąg.  Mimo tego siedzę tak prosto raczej, zaliczona od dwoch minut do konstrukcji fotela.
-    A moge chociaz wyjsc po bułki?- pytam się laskawie by nie zachwiac istoty feng shui działającej w naszych relacjach.
-    NIE! – krzyczy niepotrzebnie zbyt głosno i nachalnie.
- Oszpisdu- myślę sobie, ze już dziś swej dupy nie ruszę.  Beznadziejność mnie ogarnęła i jedyne co mogę zrobić to zostać niewolnikiem niedorzecznej sytuacji. Bez zrozumienia, pod ostrą dawką milczenia muszę czekać aż głos wewnętrzny pokaże mi drogę schizofrenika. Czekam na jego przyzwolenie by wyjść do ludzi, by zmierzyć się ze świeżym, porannym powietrzem. To inna bitwa- metafizyczna, walka- nie na gołe klaty, nie na czerstwe pięści. Walka toczona w innym wymiarze. A ja czekam sparaliżowana na jej zakończenie. Na pomyślne rozwiązanie owej sprawy .
Oderwałam się od fotela o dobrej godzinie- o 18 z kawałkiem. Nie było krwi, skóry, dymu i pamięci o porannym śniegu. Poszłam po bułki i nie słyszałam sprzeciwu. Włączyłam wszystkie odbiorniki świadomości porządnego obywatela. Radio „ na maxa“ telewizor „ na maxa“, z nadzieją że usłyszę wieść o strasznej katastrofie  na trasie do Kakaowa, o zbójach co okradli cały przedział w którym miałam być usytuowana na czas podróży, o gradzie wielkości piłki koszykowej, niszczącej dachy, miażdżących ludzkie głowy i odnóża, o czymś co by usprawiedliwiało  mój głos wewnętrzny, który  kazał mi siedzieć cały dzień  integrując się z fotelem. Nic.Nic się nie wydarzyło. Nie było mowy o pociągu. O masie rannych, upokorzonych ludzi, o stratach i złych wariantach i wyborach, o oszukanym przeznaczeniu. Nic się nie wydarzyło, a ja poszłam spać, by wstać z rana na poranny pociąg zmierzający do Kakaowa.